Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel
  • Aktywność Rower
  • Dystans 56.99km
  • Czas 04:04:49
  • Vavg 13.96km/h
  • Vmax 50.9km/h
  • Pod górę 1390m
  • Kalorie 3405kcal
  • Ocena odczuwanego wysiłku Ekstremalnie ciężko
  • Mocavg 153W
  • Temperaturamin 24.0C
  • Temperaturaavg 28.6C
  • Temperaturamax 40.8C
  • HRavg 177 (84%)
  • HRmax 200 (95%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Strava Link, Pokaż mapę

Biuro zawodów 200 metrów od domu, więc głupio nie pojechać. Od trzech miesięcy właściwie zero treningów, ale chciałem zobaczyć trasę. Myślałem, że tempo dopasuję i przetoczę się jakoś przez trasę MEGA. Jednak organizatorzy zadbali, żeby nie było to zbyt łatwe. Początek prosty, ale część w Rudawach Janowickich odbiła wszystko z nawiązką.

Rzeźnia rozpoczęła się od Łopaty z 20% pod górę. Przypomnę, że upał cały dzień. Tam już ludzie zsiadają z rowerów, a ja byłem w grupie, która podjechała całość. Na kolejnym podjeździe butowanie, bo nachylenie duże i błota pełno. Wsiadam na rower, a tu kapeć. Dobrze szło i poszło. Odechciało się wszystkiego, ale trzeba wrócić, więc dawaj wymieniam dętkę. Coś tam było na rzeczy, bo zmienialiśmy te gumy w sześcioosobowej grupie. Niżej i wyżej były podobne zgromadzenia nieszczęśników. Na szczęście bufet blisko. Już tam nadjeżdżam, a widzę jak gość z bufetu leci z baniakami na wodę do jakiegoś gospodarstwa, bo na bufecie się skończyła. Nalali mi do bidonu kisiel izotoniczny, a wody zupełnie brak. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się źle skończy. Wziąłem ten izotonik i pojechałem dalej. A tam podjazdy prawie jak Łopata, korzeni pełno, zjazdy gorsze od podjazdów, gdzie ręce puchły bardziej niż nogi, wody nie ma, izotonik zakleił gębę i jak mi odpaliło skurcze mięśni na udach, to ledwo zlazłem z roweru. A do mety jeszcze 30km! Sucho w gębie, bidon pusty, a trzeciego bufetu nie ma i nie ma. Miałem już poważne trudności w wysiedzeniem na rowerze, a tam kolejne urozmaicenia terenowe, chociaż było kilka szybkich, pięknych zjazdów, na których o zmęczeniu zapominałem.

Na ostatnim bufecie zatrzymałem się na dłużej. Wypiłem dużo wody, zjadłem wafelki i pomarańcze, porozmawiałem z Kamilem, ale niestety nic z rozmowy nie pamiętam, bo ledwo na nogach stałem. Dalszą część trasy znałem już bardzo dobrze. Tuż przed metą krzyczą, że ostatni podjazd. Zakręt w stronę mety, a jednak nie. Jeszcze kilka hop XC. Zdjęcia robili, to na skurczach się jechało. Te ostatnie zaakręty robiłem już nieświadomie. No i w końcu meta. Walnąłem się na trawie w cieniu i leżałem, aż odzyskam kontrolę nad mięśniami. Potem karkówka z grilla, pogaduchy z Bartkiem, którego też trasa dziś zniszczyła i spacerem na piechotę do domu. Na szczęście miałem blisko.

Kategorie Maratony MTB

Komentarze
Rafał Krzemiński, 12 wrzesień 2016, poniedziałek 15:23
Ale...Właściwie to super, że pojechałes. Jak czytałem relacje to wygląda na to, ze czułeś się gorzej niż ja po zderzeniu z autem...Dobrze jest!
Ariel Bogdziewicz, 12 wrzesień 2016, poniedziałek 23:13
No to była walka o przetrwanie, a nie jazda. Cieszę się, że to wytrwałem, ale sensu w tym było mało. Na następny raz muszę się przygotować. Ciężko porównać samo-zaoranie do stłuczki ;-)