Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel
  • Aktywność Rower
  • Dystans 92.09km
  • Czas 04:27:19
  • Vavg 20.67km/h
  • Vmax 61.2km/h
  • Pod górę 1859m
  • Kalorie 2763kcal
  • Mocavg 155W
  • Kadencjaavg 50
  • Temperaturaavg 14.0C
  • HRavg 151 (71%)
  • HRmax 180 (85%)
  • Sprzęt Scott Speedster 20 (Szosowy)
  • Strava Link, Pokaż mapę

Od poprzedniego wieczoru pełno dyskusji czy Zoncolan nas pokona. Każdy okazywał stres inaczej. Jedni gadali więcej, analizowali profil, a inni chodzili i się martwili „jak ja tam wjadę na takiej kasecie”. Jeszcze inni rolowali mięśnie pół nocy. I okazało się, że nie tylko ja marudziłem. Jeszcze przez wczorajszą pizzę miałem problemy gazowe. W drodze do Ovaro zgubiliśmy się klika razy. Ślad GPS nie brał pod uwagę zakazów wjazdu. Po drodze mijaliśmy mnóstwo kolarzy i rowerzystów różnego typu. W miasteczku ruch ogromny sterowany przez policję. Ruszyliśmy na podjazd bez specjalnego ceremoniału czy pożegnania. Większość ekipy zniknęła szybko, a ja jechałem z dwoma Marcinami. Na początku zdjęcia i jazda turystyczna. Po drodze mnóstwo ludzi, reklam oraz innych rowerzystów. Przejeżdżałem nawet przez kontrolę na obecność metali. I zaraz po tym góra się wypiętrzyła i trzymała 15-20% prawie do samego końca. Jechałem na przełożeniu 34x28 zygzakiem do samej góry. Deszcz zaczął padać i zrobiło się chłodno. Mi to pasowało. Marcin jechał za mną i chciał się zatrzymać, żeby ubrać deszczówkę, ale ja zadeklarowałem, że nic z tego. Wjazd ma być bez postoju i tego się trzymałem. Dalej męczyłem podjazd, ale dobrze było tylko przy zygzaku, na który nie zawsze było miejsca. Inni mnie wyprzedzali lub ja innych, pieszych pełno i na zygzak przy tych 20% miejsca nie było. Wtedy kadencja była bardzo mała, właściwie na utrzymanie roweru w pionie. Okulary od deszczu zaparowały, ale nie mogłem puścić kiery, żeby je schować do kieszonki. Plecy naciągnięte bez przerwy, noga musi pracować non stop. Bolało, ale równe tempo dawało pewność dojechania na szczyt. No nie do końca na szczyt, bo plac z metą był zamknięty. Na górze schowaliśmy się przed deszczem pod daszkiem stoiska z grillem, ale nie byliśmy tam miłe widziani. Mimo tego udało się zostać. Z resztą każdy z nas wydał tam po 10 euro minimum. Czekaliśmy na wysokości ponad 1700m n.p.m. przemoczeni w zimnie. Mieliśmy tylko deszczówki i czapki. Trzy godziny czekaliśmy na zawodników stojąc pod namiotem w grupie, żeby cieplej było. Jak pingwiny. Tyłki marzły i na szczęście słońce zaświeciło i deszcz przestał padać. Poszedłem na górkę robić zdjęcia i wciąż telepałem się z zimna. Mili Włosi dali mi bluzę i się ogrzałem. Było tam jak na stadionie. Fala Meksykańska co chwilę, telebim z relacją z wyścigu, okrzyki, wojsko było nawet i straż cywilna. Nad nami latały helikoptery i koło 17:00 pojawił się pierwszy zawodnik, którym był Froome. Kilka sekund za nim był kolejny zawodnik. Peleton był bardzo rozciągnięty. Wjeżdżali na metę co chwile, każdy w innym nastroju. Jedni źli, inni przebijali piątki z widzami. Po imprezie mroźny zjazd na dół, gdzie było dużo, ale to dużo cieplej. Po drodze wyprzedzaliśmy samochody osobowe i autobusy. Obok nas zjeżdżało mnóstwo innych kolarzy. Gość z autobusu trąbił na mnie za mój manewr wyprzedzania. Całe ostatnie 40km było z góry lub jechaliśmy grupą za Młynkiem lub Piterem. Generalnie lokomotywa szła jak burza i „sakwy podawały”. Dobre jedzenie na koniec i selekcja zdjęć do relacji. Zoncolan zdobyte i Giro zobaczone na żywo!

Kategorie Giro Italia 2018