Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

← wróć

Tatry, dzień 3: Grześ, Rakoń, Wołowiec

Ariel Bogdziewicz, poniedziałek 10:42, 31 sierpień 2015 | odsłony 57 | komentarze 0

  • Aktywność Trekking
  • Dystans 15.8km
  • Czas 04:24:41
  • Vavg 16:45/km
  • Vmax 3:42/km
  • Pod górę 1446m
  • Kalorie 1361kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

Dzień trzeci to przejście ze Schroniska Na Hali Ornak do Doliny Chochołowskiej. Już ten pierwszy odcinek dał nam w kość. To były 3h drogi przez Iwaniacką Przełęcz (1459m). W schronisku zostawiliśmy ciężki sprzęt i ruszyliśmy na Grzesia (1653m), Rakoń (1876m) i Wołowiec (2064m). Ten ostatni to był punkt obowiązkowy trasy. Kilka lat wcześniej widziałem ten szczyt z Grzesia, ale ze względu na zimowe warunki nie odważyłem się na jego zdobycie. Nie miałem sprzętu, ani doświadczenia na chodzenie po górach w takich warunkach. W lecie jest o wiele łatwiej. Niestety ekipa zaczęła mi słabnąć już przy podejściu na Grzesia i trochę się denerwowałem, że nie zdążymy na Wołowiec. Jak zwykle czas wędrówki ograniczony zmrokiem i terminem zamknięcia stołówki w schronisku. Częste odpoczynki pozbawiały mnie nadziei, że dojdziemy na Wołowiec. Jednak były konieczne, bo od trzech dni byliśmy po około osiem godzin w trasie każdego dnia.


Po zdobyciu Grzesia ukazał nam się widok na dalszą część trasy. Przyjemnym grzbietem trasa wiodła na Rakoń, a potem na Wołowiec. Była jednak godzina 17:00. Estymowany czas dojścia na Rakoń to 1h10 i z Rakonia na Wołowiec 0h35. Dałoby to godzinę 18:35 na Wołowcu, a jeszcze trzeba wrócić ponad 2h do Schroniska. Podobno z przełęczy pomiędzy Rakoniem i Wołowcem jest zejście prosto do doliny ze schroniskiem. Albo rezygnacja z trasy, albo powrót w ciemnościach.


Ciekawe jest, że zimą szlak wygląda całkiem inaczej. Prawie nie było widać kosodrzewiny, której obecność zaskoczyła mnie w tym miejscu. Zdjęcie pochodzi z 10 marca 2012 roku. W tamtym dniu z Tomkiem wbiegliśmy na Grzesia. Dziewczyny czekały na nas w Schronisku na Polanie Chochołowskiej.


A tym razem w letnich warunkach Rakoń zdobyty po spodziewanym czasie. W tle widać Wołowiec. Szczerze mówiąc od samego patrzenia pojawiał się dyskomfort. Po serii zdjęć przy zachodzącym już Słońcu ruszyliśmy na Wołowiec. Jednak godzina była już późna, a Oktawia miała problemy z chodzeniem po stromych odcinkach.


Na przełęczy pod Wołowcem zapadła decyzja. Wbiegamy z Michałem na Wołowiec bez plecaków, natomiast Oktawia zostaje na przełęczy.


Warto było zaryzykować obsuwą czasową. Wrażenia na szczycie bezcenne. Chociaż miałem trochę lęków z tym związanych. Za mną było widać Starobociański Wierch, który mieliśmy zdobyć dnia następnego, ale już pesymistycznie do tego podchodziliśmy. Radość jednak wielka ze zdobycia Wołowca.


Gdzieś na dole czekała na nas Oktawia. Michał wyraźnie zakreśla swoje kontury na tle zachodzącego Słońca :-) Przepłaciliśmy jednak za wszystko powrotem w ciemnościach. Szliśmy ponad 2h przez ciemny las w obawie, że spotkamy niedźwiedzia. Śpiewaliśmy trochę, bo podobno to odstrasza zwierzynę różnej maści, zwłaszcza przy takich zdolnościach wokalnych. Potem bateria mi padła w telefonie i trasa nie nagrała się do końca. Tu drugi raz przydały się lampy. Nie radzę nikomu w góry wyruszać bez oświetlenia. Nawet na naszą Śnieżkę, zwłaszcza jak wychodzi się w góry o takich godzinach jak my.

Doszliśmy do schroniska jeszcze przed 21:00. Zdążyliśmy nawet odebrać pościel, która jest wydawana od 21:30 do 21:45. Zjedliśmy posiłek, który czekał na nas zimny w pokoju od południa, bowiem po 20 stołówka zamknięta. Piwko na ruszt i zgon totalny. Nawet olaliśmy fakt, że ktoś nam się wbił do pokoju koło 3 w nocy przez pomyłkę.


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015