Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Maratony MTB


Rower
1067 km
Dystans
17728 m
Pod górę
61:22:40
Czas
17.4 km/h
Prędkość średnia
182 (87%)
Średnie HR
21
Liczba aktywności
88 km
Najdłuższa aktywność
1740 m
Największa wspinaczka
4:36:38
Najdłuższa aktywność
23.8 km/h
Najszybsza aktywność
189 (90%)
Maksymalne średnie HR
51 km
Na aktywność
844 m
Na aktywność
2:55:22
Na aktywność
73.3 km/h
Prędkość maksymalna
212 (101%)
Maksymalne HR
  • Aktywność Rower
  • Dystans 50.78km
  • Czas 04:23:41
  • Vavg 11.55km/h
  • Vmax 51.12km/h
  • Pod górę 1736m
  • Kalorie 2420kcal
  • KOW Ekstremalnie ciężko
  • Mocavg 137W
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Strava Link, Pokaż mapę

Maraton roku w kategorii największej mordęgi. Spodziewałem się, że będzie ciężko, ale sytuacja przerosła oczekiwania. Jechałem zachowawczo, a mimo tego nie starczyło mi sił i motywacji, żeby maraton przejechać płynnie i bez postojów. Ilość przewyższeń na dystansie 50km wyniosła 1700m. Do tego teren był dość wertepowaty, pełen technicznych odcinków. Dla ludzi z formą przeżycie wspaniałe, dla słabo wytrenowanych - koszmar. Nawet trasa z Jeleniej Góry nie była tak ciężka, a myślałem, że już trudniejszej nie zrobią.

Kategorie Maratony MTB

  • Aktywność Rower
  • Dystans 43.1km
  • Czas 03:28:57
  • Vavg 12.36km/h
  • Vmax 55.17km/h
  • Pod górę 1458m
  • Kalorie 3140kcal
  • Waga przed 78kg
  • Waga po 76.7kg
  • KOW Ciężko
  • Mocavg 140W
  • Temperaturaavg 23.5C
  • Temperaturamax 39.0C
  • HRavg 187 (89%)
  • HRmax 204 (97%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Strava Link, Pokaż mapę

To będzie dynamiczna relacja w skrócie. W tygodniu za dużo roboty i zarwane noce. Na maraton pojechałem bez śniadania, bo ledwo wstałem. Wystartowałem z szóstego sektora, bo tak kazali. Pierwsze kilometry czuję głód i brak mocy, więc najadłem się bananami na pierwszym bufecie. Bardzo dużo piłem i co kilometr czułem się lepiej. Na początku jechałem zachowawczo, ale już zdążyłem wywinąć fajną akcję, bo całą armię ludzi wyprzedziłem, kiedy Ci korkowali się na poboczu, żeby ominąć błoto, przez które ja przeleciałem środkiem! Pierwszy techniczny zjazd spiekł mi ręce dość mocno i myślałem, że już nic dzisiaj więcej nie zjadę, bo kierownicy nie miałem siły trzymać. Ból rąk trzymał długo. Nawet biegów nie mogłem zmieniać. Potem jednak puściło. Tak samo było z plecami. Bolało! Dlatego nie cisnąłem wyścigowo, żeby zostawić siły na koniec. Trasa fajna, ale telepało rowerem bardzo mocno, przez co z plecami nie mogłem poradzić sobie dość długo. Na szczęście nie miałem żadnego energetycznego kryzysu, ani skurczy! To pewnie zasługa wody z solą, którą piję regularnie już dwa tygodnie. Przy dystansie 42km ostatnie 10km przeznaczyłem na wyższe tempo. Nie wiem jak to się stało, ale właśnie na te ostatnie kilometry ból pleców ustąpił. Ostatni łagodny, długi podjazd zrobiłem bardzo dobrym tempem, zjazdy techniczne coraz lepiej. Miałem mały kryzys na 3km przed metą, ale zjadłem żel i pomogło. Przed samą metą kibice krzyczeli do zawodnika za mną, żeby mnie wyprzedził na sam koniec, ale nic z tego!

Kategorie Maratony MTB

  • Aktywność Rower
  • Dystans 61.19km
  • Czas 04:24:20
  • Vavg 13.88km/h
  • Vmax 49.61km/h
  • Pod górę 1651m
  • Kalorie 3731kcal
  • KOW Bardzo ciężko
  • Mocavg 157W
  • Temperaturamin 14.0C
  • Temperaturaavg 19.8C
  • HRavg 179 (85%)
  • HRmax 196 (93%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Uczestnicy lukasz
  • Strava Link, Pokaż mapę

Ten maraton miał być porażką, a okazało się, że poszło całkiem nieźle. Porażkę wróżyło wiele symptomów, na przykład wiecznie spieczone mięśnie ud i niska wydolność przez pylenie traw. Do tego miałem przerwę od roweru całe cztery miesiące, a od marca zacząłem się katować na rowerze ponad miarę i czuję, że przejeździłem sprawę. Na ostatni dzień przed maratonem poczyniłem kilka kroków, żeby zminimalizować słabą formę na maraton. Okazuje się, że pomogło!

Teraz napiszę co takiego zrobiłem, żę czułem się naprawdę świeżo w porównaniu do tego co ostatnio czułem przez długi czas. Pierwszą rzeczą było zlikwidowanie tarcia pomiędzy tarczą i klockami w rowerze. To pewnie nie była główna przyczyna poprawy, bo na kolarzówce też nie czułem się najlepiej. Ale jeszcze zjadłem na kolację 6 ekologicznych jajek na miękko oraz całą masę czarnuszki z nasionami chia. Wypiłem cztery litry wody w sobotę. Moczyłem nogi w chlorku magnezu. Spałem też z nogami lekko uniesionymi lekko do góry i rano nogi jak nowe! Na śniadanie znów nasiona chia i czarnuszka zmiksowana z owocami i kakao. Kakao wziąłem dla magnezu, chia dla żelaza, a czarnuszkę na alergię. I pieczenie zniknęło.

Plan był taki, żeby spokojnie dojechać do Łopaty, a potem na pełnym ciągu gonić do mety na ostatnich 20km, które są w miarę płaskie. Pojechałem na maraton z Łukaszem i Dominikiem. Myślałem, że mi szybko odjadą, a okazało się, że Dominik wstrzymał się i towarzyszył mi pierwsze 10km. Potem Dominik dołożył do pieca i tylem go widział. Łukasz zniknął jeszcze szybciej. Jechałem więc swoje, a do tego bardzo równo, spokojnie i bez szarpania. Opłaciło się, bo to przyniosło dobre rezultaty nawet przy tak słabej formie jak mam teraz. Porobiłem wszystkie podjazdy bez problemu, na zjazdach sprowadziłem rower tylko w jednym miejscu zaraz za Skalnikiem. Więc coś tam tej techniki zostało. Na pewno dużo lepiej szło pokonywanie przeszkód terenowych niż na objeździe trasy tydzień temu. A to kolejny czynnik, który pozwolił dobrze siły rozłożyć, bo znałem dobrze trasę. Niektórzy cisnęli ile mieli sił, bo nie byli świadomi co jest za zakrętem, a potem podprowadzali to co ja podjeżdżałem.

Jak już udało się wyjechać z Rudaw Janowickich w stronę mety, to rozpocząłem pościg. Skurcze mięśni już czyhały, ale wyprzedzałem skutecznie kolejnych kolarzy. Z niektórymi namęczyłem się dłużej, ale za to świetnie torowali przejazd. Sytuacja zmieniła się na gorsze, gdy zaczęło mocno wiać, a zaraz po tym padać. Jechałem w szczerym polu i mokłem. Ja lubię zimno, więc cieszyłem się. Potem w Zielonym Tunelu na podjeździe przegoniłem kolejnych 4 ludzi z mojego dystansu i już zawijałem na metę, kiedy błoto zblokowało mi przerzutkę i pogięło mi łańcuch. Tutaj wyjaśnię to spokojnie, ale byłem naprawdę wnerwiony! Zjazdy robiłem bez pedałowania, a podjazdy szedłem z buta do samej mety. Wszyscy, których wyprzedziłem w ostatnich 20km, dogonili mnie. Jeszcze do tego wymownie się odwracali, żeby sprawdzić czy to rzeczywiście ja. No pech. Specjalnie kupiłem bezdętkowe opony, zalałem mlekiem, wyczyściłem i dobrze nasmarowałem łańcuch, a i tak spotkało mnie niespodziewane. Taki ten sport jest czasem okrutny.

Jeszcze napiszę o plusie dla organizatora. Na objeździe trasy zjazdy były dużo trudniejsze, a dzisiaj na trasie maratonu widziałem te same odcinki, ale było na nich dużo mniej głazów na najtrudniejszych momentach. Powyciągali najbardziej niewygodne kamienie i dzięki temu wszystko pozjeżdżałem. Nie wiedziałem, że aż tak się starają.

Wyniki niektórych osób z dystansu MEGA (64km, 1600m przewyższeń)

Miejsce OPENImięMiejsce w kategoriiCzasŚrednia [km/h]PunktySektor
1/459 (100%)Marcin1/82 (100%) M22:41:1323.81500?
4/459Gracjan1/207 (100%) M32:46:0523.12500?
33/459Jan1/8 (100%) M03:03:3820.91500?
317/459Dominik64/82 M24:09:3815.38??
324/459Łukasz6/8 M04:11:2415.27365?
380/459Ariel175/207 M34:29:1014.26309?

Kategorie Maratony MTB

  • Aktywność Rower
  • Dystans 56.99km
  • Czas 04:04:49
  • Vavg 13.96km/h
  • Vmax 50.9km/h
  • Pod górę 1387m
  • Kalorie 3405kcal
  • KOW Ekstremalnie ciężko
  • Mocavg 153W
  • Temperaturamin 24.0C
  • Temperaturaavg 28.6C
  • Temperaturamax 40.8C
  • HRavg 177 (84%)
  • HRmax 200 (95%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Strava Link, Pokaż mapę

Biuro zawodów 200 metrów od domu, więc głupio nie pojechać. Od trzech miesięcy właściwie zero treningów, ale chciałem zobaczyć trasę. Myślałem, że tempo dopasuję i przetoczę się jakoś przez trasę MEGA. Jednak organizatorzy zadbali, żeby nie było to zbyt łatwe. Początek prosty, ale część w Rudawach Janowickich odbiła wszystko z nawiązką.

Rzeźnia rozpoczęła się od Łopaty z 20% pod górę. Przypomnę, że upał cały dzień. Tam już ludzie zsiadają z rowerów, a ja byłem w grupie, która podjechała całość. Na kolejnym podjeździe butowanie, bo nachylenie duże i błota pełno. Wsiadam na rower, a tu kapeć. Dobrze szło i poszło. Odechciało się wszystkiego, ale trzeba wrócić, więc dawaj wymieniam dętkę. Coś tam było na rzeczy, bo zmienialiśmy te gumy w sześcioosobowej grupie. Niżej i wyżej były podobne zgromadzenia nieszczęśników. Na szczęście bufet blisko. Już tam nadjeżdżam, a widzę jak gość z bufetu leci z baniakami na wodę do jakiegoś gospodarstwa, bo na bufecie się skończyła. Nalali mi do bidonu kisiel izotoniczny, a wody zupełnie brak. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się źle skończy. Wziąłem ten izotonik i pojechałem dalej. A tam podjazdy prawie jak Łopata, korzeni pełno, zjazdy gorsze od podjazdów, gdzie ręce puchły bardziej niż nogi, wody nie ma, izotonik zakleił gębę i jak mi odpaliło skurcze mięśni na udach, to ledwo zlazłem z roweru. A do mety jeszcze 30km! Sucho w gębie, bidon pusty, a trzeciego bufetu nie ma i nie ma. Miałem już poważne trudności w wysiedzeniem na rowerze, a tam kolejne urozmaicenia terenowe, chociaż było kilka szybkich, pięknych zjazdów, na których o zmęczeniu zapominałem.

Na ostatnim bufecie zatrzymałem się na dłużej. Wypiłem dużo wody, zjadłem wafelki i pomarańcze, porozmawiałem z Kamilem, ale niestety nic z rozmowy nie pamiętam, bo ledwo na nogach stałem. Dalszą część trasy znałem już bardzo dobrze. Tuż przed metą krzyczą, że ostatni podjazd. Zakręt w stronę mety, a jednak nie. Jeszcze kilka hop XC. Zdjęcia robili, to na skurczach się jechało. Te ostatnie zaakręty robiłem już nieświadomie. No i w końcu meta. Walnąłem się na trawie w cieniu i leżałem, aż odzyskam kontrolę nad mięśniami. Potem karkówka z grilla, pogaduchy z Bartkiem, którego też trasa dziś zniszczyła i spacerem na piechotę do domu. Na szczęście miałem blisko.

Kategorie Maratony MTB

  • Aktywność Rower
  • Dystans 50.08km
  • Czas 02:55:32
  • Vavg 17.11km/h
  • Vmax 61.53km/h
  • Pod górę 1437m
  • Kalorie 2456kcal
  • Mocavg 189W
  • Temperaturaavg 17.3C
  • HRavg 177 (84%)
  • HRmax 200 (95%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Uczestnicy bs:barblasz, bs:adhed
  • Strava Link, Pokaż mapę

Razem z Łukaszem wystartowaliśmy w pierwszym jego maratonie. Tylko jeden zawodnik był młodszy od Łukasza na dystansie MEGA. Przekonałem Łukasza, żeby pojechał na MEGA, bo na MINI nie ma wrażeń z trasy. Udało się. Ruszyliśmy z sektora siódmego, gdzie panuje rodzinna atmosfera. Nie ma co zwlekać i przeciskamy się pomiędzy zawodnikami. Wszyscy chętnie przepuszczają i dzięki temu nie tracimy zbyt wiele czasu na korki. Tempo narzuciliśmy sobie dość duże i trochę nas sponiewierało. Na kolejnym odcinku stromego asfaltu musieliśmy zluzować, ale konsekwentnie trzymaliśmy swoje tempo bez większych kryzysów. Potem znaleźliśmy swoje miejsce w stawce. Nie wyprzedzaliśmy, ale sami też nie zostawaliśmy. Po przejechaniu szutrów rozpoczął się wjazd na Wysoki Kamień. Stromy odcinek, licznik zanotował na tych nierównościach nawet 19%. Większość prowadziła. Z mojej grupki tylko dwóch wjechało, w tym ja. Łukasz trochę podprowadził, ale szybko wsiadł na rower i dokończył w siodle. Czekałem na górze i ruszyliśmy w dół. Myślałem, że Łukasz zostanie, a tu niespodzianka. Wyprzedzał na zjeździe jednego za drugim. Raz urwał na prostej, że zgubiłem go z pola widzenia. Tam wyprzedził z pięć osób na raz. Bardzo pozytywnie poradził sobie z całym zjazdem, który do prostych nie należy. Następnie monotonny, długi podjazd nas zmęczył. Szuterek szedł lekko pod górę przez 8km. Żadnych wrażeń, szeroka nawierzchnia. Dojechaliśmy tak do ostatniego bufetu, gdzie postanowiłem, że jednak ucieknę Łukaszowi przed końcówką, żeby wyszaleć się. Urwałem na zjeździe za dwoma "gigowcami", którzy nas wyprzedzali. Wypoczęty byłem w miarę, więc tempo utrzymam. Fajne to było, bo trzymałem się za nimi spory kawał, ciągle obracali się kto to ich dogonił. Ciekawość nie dawała im spokoju. A ja sobie dla zabawy jechałem za nimi. Ale okazało się, że pierwszy z nich to Rafał z KTM-u, który rower mi robił dzień wcześniej w sklepie. Drugi "gigowiec" odpadł na podjeździe, a ja z Rafałem jeszcze trochę pocisnąłem pod górę, gdzie mnie wykończył i też odpadłem. Trochę to kłopotliwe, bo ludzie mówili "o gigowcy jadą", a ja krzyczałem, że z MEGA jadę. Taką zabawę sobie zafundowałem na koniec sezonu. Ale tempa nie odpuściłem i cisnąłem do samego końca. Przejazd przez metę i czekam na Łukasza, a tu go nie ma i nie ma. Wszyscy, którzy jechali w naszym otoczeniu już dawno dojechali. Myślę sobie, że znów to samo. Kiedyś jego brat nie dojechał i M. Grabek dzwonił, że w karetce siedzi i teraz drugi się rozwalił? Już cały się bałem. Telefon dzwoni, mimo, że zimno cały potem się zlałem od samych wibracji telefonu. Na szczęście dzwoni Łukasz, a nie Grabek. Odbieram i okazało się, że złapał kapcia na 4km przed metą i dochodzi już do mety. Czekam więc jak wbiegnie na metę, ale okazało się, że pobiegł od razu do samochodu i nie został sklasyfikowany. Na trasie ktoś z obsługi poradził mu, żeby zrezygnował i Łukasz odpuścił przez to sklasyfikowanie. I tamten od razu zadzwonił, żeby go dyskwalifikować. Trudno, ja bym wbiegł, a tak jest DNF. Najgorsze jest to, że Łukasz pokonał całą trasę, ale ominął metę, bo jakiś koleś na trasie dał mu złą radę. Ale ogólnie zadowoleni jesteśmy głównie z Wysokiego Kamienia, zwłaszcza ze zjazdu. Emocji było dużo!


Test roweru przed startem chwilę po wymianie opon. Niestety Łukasz miał kapcia właśnie przez tą zieloną oponę z przodu, która zeszła mu z obręczy. Z resztą nie pierwszy raz, bo mi kiedyś na maratonie też zeszła. Mimo tego, że bieżnik jest właściwie nowy, oponę trzeba wyrzucić, bo nie trzyma się koła.


Pierwszy podjazd nie był łatwy, ale tempo trzymaliśmy mocne.


Łukasz pozował do zdjęć. Dużo ludzi robiło zdjęcia przy trasie. Dzięki temu mamy czym się pochwalić.


Ja też zrobiłem kilka zdjęć. To był chyba moment, w którym Łukasz miał największy kryzys. Ale szybko podniósł się na nogi.


Koniec podjazdu pod Wysoki Kamień. W tle widać butujących ludzi, Łukasz podjechał ten kawałek. Brawo. Mi udało się podjechać całość. Jak to mawia Marcin "brawo ja".


Na ostatnich kilometrach przed metą urwałem Łukaszowi, żeby się wyszaleć. Na zjazdach była ostra jazda.


Łukasz nie zostawał daleko w tyle. Gonił na całego.


Na koniec zdjęcie dnia - źródło.


Kategorie Maratony MTB

Bike Maraton 2015 Jelenia Góra - DNF

Ariel Bogdziewicz, niedziela 10:56, 21 czerwiec 2015 | odsłony 329 | komentarze 4

  • Aktywność Rower
  • Dystans 49.26km
  • Czas 02:24:14
  • Vavg 20.48km/h
  • Vmax 53.17km/h
  • Pod górę 616m
  • Kalorie 1900kcal
  • Mocavg 120W
  • Temperaturaavg 18.1C
  • HRavg 170 (80%)
  • HRmax 199 (94%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Strava Link, Pokaż mapę

Rano czułem się dobrze. Wyspałem się, najadłem się, nawet deszcz za oknem mnie nie zmartwił. Zapomniałem przez dobry nastrój, że obiecywałem omijać błotniste maratony. Jednak nie spodziewałem się, że takie błocko będzie na trasie. Dnia poprzedniego było sucho i elegancko. Dziś po nocnych opadach trasa zamieniła się w świńskie koryto. Nie pierwszy maraton w błocie, więc też to mi nie przeszkadzało. Pierwsze 5km noga w ogóle nie podawała. Cały czas traciłem w stawce. Wszystkim tak lekko się jechało, a ja miałem takie styrane nogi. No cóż, dużo jeździłem w tym tygodniu, więc zaakceptowałem fakt, że forma słaba. Potem dogoniły mnie dwie dziewczyny z Kross Team, chyba Majka z koleżanką jechały "spacerem" przy pogaduchach. Właśnie gdzieś w tamtym momencie rower tak zachlapał się błotem, że moja przerzutka odmówiła posłuszeństwa. Od tej pory miałem 3 przełożenia i losowe z tyłu. Sama "decydowała", kiedy zmienić bieg. Przerzutka jest do wymiany. Podejrzewam, że korba też, bo łańcuch nawijało mi od spodu, dzieje się tak na błotnistych maratonach już od ponad roku. Rower co chwilę stawał, bo albo łańcuch mi się nawinął na korbę albo z tyłu skakał po zębatkach. Ludzi blokowałem, darli się na mnie. Potem sam krzyczałem, że zaraz ten rower wyrzucę, a ktoś przejeżdżał i mówił "jeszcze go nie sprzedawaj" :-) Już 22km, a ja dalej tracę pozycje. Noga słaba albo rowerem szarpie, bo w napędzie łańcuch zakleszcza co chwilę. Do tego szutrowe opony na takim błocie powodowały duże poślizgi. Jazdy nie było, więc wycofałem się. A najlepsze jest, że przy powrocie po zjechaniu z trasy, zaczęło mi zarzucać rowerem na asfaltowych zakrętach. Myślę, sobie co jest grane. W tylnym kole mam coraz mniej powietrza. Schodziło bardzo wolno, ale już flak był spory. Tłumaczyłoby to dlaczego tak ciężko pedałowało się od samego początku. Dopompowałem koło i rower zaczął sam jechać.

Już w poprzednim sezonie przekroczyłem budżet domowy na moje drogie hobby, więc prawdopodobnie w tym roku rezygnuję z pozostałych startów ze względów finansowych. Rower górski wymaga nowej korby (zęby już w niej prostowałem) i nowej przerzutki z tyłu. Pozostaję przy szosie, a naprawa górskiego roweru czeka na lepsze czasy. A miało być tak pięknie...


Kategorie Maratony MTB

Bike Maraton 2015 Miękinia - Zwrot akcji i tortury

Ariel Bogdziewicz, sobota 10:52, 18 kwiecień 2015 | odsłony 400 | komentarze 7

  • Aktywność Rower
  • Dystans 47.39km
  • Czas 01:59:19
  • Vavg 23.82km/h
  • Vmax 46.72km/h
  • Pod górę 438m
  • Kalorie 1830kcal
  • Mocavg 119W
  • Temperaturaavg 9.5C
  • HRavg 189 (90%)
  • HRmax 198 (94%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Uczestnicy bs:barblasz, bs:adhed, bs:SebastianO
  • Strava Link, Pokaż mapę

Na ostatnim treningu byłem przemęczony, przegrzany, a Sebastian wyraźnie górował formą. Miałem obawy już wtedy jak wypadnie nasza potyczka. Ale jeszcze w czwartek wieczorem zaczął mnie boleć delikatnie ząb, w którym trzy lata wcześniej robiłem cztery kanały. Myślałem, że leczony kanałowo już nigdy nie będzie bolał. W piątek kupiłem Ibuprom i jadłem go aż do startu co cztery godziny, nawet w nocy przed maratonem o czwartej ząbek upomniał się o jedną tabletkę. Bolał coraz bardziej, a do tego jeszcze biegunka znów mnie złapała i czułem, że dzień zaczyna się w kupowatych barwach. Potem Sebastian wyjaśnił, że od dużej ilości białka występują biegunki, a ja cały tydzień piłem gainery. Ledwo autem dojechałem na miejsce, a gdybym nie obiecał Sebastianowi, to bym dziś z domu nie wyszedł. Ale skoro wszystko było opłacone, to szkoda by było to stracić.

Po rozgrzewce Sebastian ustawił się w drugim sektorze, ja w trzecim, ale dopiero jak po raz drugi pęcherz opróżniłem. Spotkałem się z Maćkiem ze starego teamu Opera Software i potem marzłem w sektorze jakieś 15 minut. Dziesięć stopni, mroźny wietrzyk, nogi marzną, telepie z zimna. Na początku myślałem o zimnie i zębie, ale jak tętno skoczyło, to ząb przestał boleć :-) Super. Problem z głowy i jechałem ile fabryka dała, żeby ciepło się zrobiło. Zwykle przebiegało to tak, że po jakimś czasie miałem bóle brzucha albo zadyszkę, a dziś nic! Jechałem i wyprzedzałem. Pierwsze 30 minut tempo wysokie, wszyscy przeciskają, a ja nie mam problemów z utrzymaniem tempa. Do tego później tempo zaczęło się stabilizować, więcej luzu, ale ja cisnąłem dalej. Wychodzi na to, że ubrałem się idealnie, bo ani zimno i brak przegrzewania. Noga podaje, zero pieczenia, zero zadyszki, na blacie wszystko. Głodny też nie byłem i okazuje się, że dałem radę takim stylem dojechać do samej mety! To była 47km gonitwa bez postojów na bufetach, gdzie pierwszy raz w życiu na żadnym nawet nie pomyślałem o postoju, bez jedzenia żelów, bo czułem moc, i bez brania magnesu!!! Żadnych skurczy mięśni. W sumie na 0.8l tego ich izotoniku wszystko zrobiłem. Jak wpadałem na metę Bartek dopingował :-) ale niestety nie miałem już na tyle pary, żeby na finiszu wziąć kolesia, który siedział mi na ogonie przez ostatnie 5km. Nie dogoniłem też niestety Sebastiana, ale na mecie okazało się, że wpadłem zaraz za nim i tym sposobem miałem lepszy czas o 2min59s. Jednak da się :-) Sebastian zapowiedział rewanż na górskim maratonie. Punkty powyżej 400 punktów też bardzo satysfakcjonują.

Na trasie miałem też kilka ciekawych epizodów. Na przykład na singlach przerzutka mi łańcuch przewalała pomiędzy zębatkami i zablokowałem podjazd. Dostałem ochrzan od 3 zawodników, że musieli zejść z rowerów. Ustąpiłem frędzlom i pojechali. Ale jak tylko założyłem łańcuch to bezlitośnie śmignąłem potem każdego na centymetry. Jeden trzymał się jakiś czas, ale nie wytrzymał frędzel tempa i odpadł. Tak się utylizuje awanturników :-) Na asfaltach pełen koks, całą trasę nie było za kim jechać, bo jechali za wolno :-) Dawno nie miałem tak bolesnego (ząb) maratonu i jednocześnie tak udanego. Siła była, a wszystko dzięki trzaskaniu metrów w pionie.

Po powrocie zacząłem pisać relację na blogu i ząb rozbolał. Ibuprom już nic nie dawał, ketonal też nie za bardzo. Zostawiłem wszystko i pojechałem na pogotowie dentystyczne i jeszcze adrenaliny się najadłem podczas zabiegu. Głowa pękała jak u Frankensteina, a ona jeszcze mi stuka po tych zębach, żeby się upewnić który to. Jak stuknęła w chorego, to mi witki wszystkie opadły. Potem znieczulenie i teraz kończę pisanie relacji ze sparaliżowaną twarzą.


Syf na twarzy przemalowany bólem zęba i Sebastian obok.

Wyniki interesujących mnie osób z dystansu MEGA (47km):
Miejsce OPEN Imię Miejsce w kategorii Czas Średnia [km/h] Punkty Sektor
1/850 (100%) Mateusz 1/168 (100%) M2 1:36:05 29.35 500 1.00 (1)
2/850 (100%) Gracjan 1/336 (100%) M3 1:36:25 29.25 500 1.00 (1)
53/850 (94%) Bartek 25/336 (93%) M3 1:48:36 25.97 444 0.89 (1)
167/850 (80%) Ariel 74/336 (78%) M3 1:58:50 23.73 406 0.81 (2)
209/850 (76%) Sebastian 59/168 (65%) M2 2:01:49 23.15 394 0.79 (2)
602/850 (29%) Maciej 232/336 (31%) M3 2:30:42 18.71 320 0.64 (5)
691/850 (19%) Krystian 136/168 (19%) M2 2:39:09 17.72 302 0.60 (5)


Kategorie Maratony MTB

Bike Maraton 2014 Świeradów Zdrój

Ariel Bogdziewicz, sobota 10:56, 04 październik 2014 | odsłony 384 | komentarze 7

  • Aktywność Rower
  • Dystans 51.35km
  • Czas 02:40:18
  • Vavg 19.22km/h
  • Vmax 58.3km/h
  • Pod górę 1487m
  • Kalorie 2408kcal
  • Mocavg 159W
  • Temperaturaavg 14.5C
  • HRavg 186 (88%)
  • HRmax 199 (94%)
  • Sprzęt Trek 8900 (Górski)
  • Uczestnicy bs:barblasz, bs:adhed, bs:SebastianO
  • Strava Link, Pokaż mapę
Start z końca trzeciego sektora. Samopoczucie kiepskie, a właściwie chęci słabe, ale czułem, że noga podaje. Sebastian wystartował z sektora czwartego. Początek ostro pod górę, więc szybko mnie złapał, a ja liczyłem, że dogonię go na technicznych zjazdach, których w sumie nie było. Sebastian pojechał dalej, widziałem go na horyzoncie jeszcze kilka minut. Mimo, że wyprzedzałem cały czas, to Sebastian robił to szybciej. Złapałem rytm i jechałem na przełożeniu rodem z szosówki wyprzedzając cały pierwszy podjazd. Potem gdzieś patrzę, a Bartek siedzi koło drogi przy rowerze i woła o spinkę do łańcucha. Ja jeszcze tkwiłem w szoku, że on tam jest i odpowiadając, że nie mam spinek, pojechałem dalej. Na pierwszym zjeździe zonk, bo koleś skręcił w złą drogę, a reszta za nimi. Chwilę narady mieliśmy gdzie jechać (?!). Na szczęście w dobrą stronę ruszyliśmy. Dziś bardzo pilnowałem tankowania z bidonu i żeli, trasa prosta, więc skurczy nie było, a noga podawała do samego końca.

Potem był płaskowyż. Na nim masa sępów ustawiła się w kolejce za mną i ciągnąłem ich przez spory kawał drogi. Nawet jak się oglądałem do tyłu, żeby któryś tyłek ruszył do przodu, to tak się chowali, że nawet nosa żadnego nie zobaczyłem. Czekać na nich nie będę, więc jechałem dalej swoje. Potem zostawiłem ich jak procenty urosły :-) Na podjazdach od 6-12% rządziłem. Źle mi się jechało przy nachyleniu od 2-4%. Potem zjazd techniczny był, ale tylko jeden. Nawet ręce mało co bolały, więc słabo w porównaniu z Polanicą. Reszta trasy do przejechania samochodem osobowym. Maraton prosty i łatwy. Idealny dla kogoś kto ma mocne kopyto, Sebastian takie uwielbia z dużym nachyleniem i szeroką drogą, wówczas ma miejsce na wyprzedzanie.

Trudny był jeden podjazd koło 19% po kamieniach, koło ledwo trzymało przyczepność, ale podjechałem. W sumie tylko ja jechałem w zasięgu wzroku zaraz za takim jednym, a reszta prowadziła i chwaliła nas pod nosem :-), że dajemy nieźle radę. Ja wiedziałem, że jak zejdę, to już tam zostanę do końca dnia z tą moją kostką. Fajny też był zjazd po korzeniu koło schodów niedalego Zakrętu Śmierci, ale zjechało się przyjemnie. Ani razu nie zsiadałem z roweru!!! :-) I za to wypiję sobie dziś dobre piwo albo nawet dwa.

Na mecie Sebastian czekał zadowolony, że dobrze mu poszło i tym razem go nie objechałem. Objechał mnie na ponad 6 minut, a myśleliśmy, że będzie tego więcej. Potem spotkałem Bartka, który stał z rowerem bez łańcucha. Szkoda, że przy takiej formie coś takiego go spotkało, ale nie ukończył zawodów. Wielki nieobecny Marcin dalej się kuruje, ale nie miałby gdzie nadrabiać dziś techniką. Adama nie widziałem, ale udało zrewanżować się za Polanicę :-)

Wyniki interesujących mnie osób na dystansie 50km:
Miejsce OPEN Imię Miejsce w kategorii Czas Średnia [km/h] Punkty Sektor
1/481 (100%) Patryk 1/89 (100%) M2 1:59:17 25.15 500 1.00 (1)
4/481 (99%) Darek 1/183 (100%) M3 2:03:01 24.39 500 0.97 (1)
83/481 (83%) Sebastian 23/89 (75%) M2 2:33:10 19.59 389 0.78 (2)
104/481 (79%) Ariel 29/89 (68%) M2 2:39:53 18.76 373 0.75 (3)
120/481 (75%) Adam 31/89 (66%) M2 2:43:41 18.33 364 0.73 (3)
I tu gratuluję Sebastianowi, że skoczył z czwartego do drugiego sektora. Ja standardowo dalej sektor trzeci. I nastał koniec sezonu, ale jeszcze ładna jesień do wykorzystania. Długie, szosowe trasy przede mną :-) Teraz z Mateuszem będziemy rządzić na drogach.

Waga po treningu: dwie beczki piwa :-P


Kategorie Maratony MTB

Bike Maraton 2014 Polanica Zdrój

Ariel Bogdziewicz, sobota 11:00, 20 wrzesień 2014 | odsłony 225 | komentarze 12

Miał być prosty maraton, dwa lata temu w Polanicy było fajnie i przyjemnie. A dziś była masakra. Trasę zmienili, a ja dostałem cięgi. Pierwsze pół maratonu proste i przyjemne po szutrach, ale końcowe 20km było piekielnie trudne. Ruszyłem z sektora drugiego, Marcin z Bartkiem z pierwszego, a Sebastian z siódmego, bo wcześniej nie jeździł. No to biorę się do roboty i ruszam za Marcinem. Nawet 10km nie było i kogo widzę? Oho... Marcina. Najpierw trochę za nim, żeby ocenić formę, potem zagadałem, nie powiem już miałem trochę dość. Marcin na podjazdach nie dźwigał tempa i został, tak myślę, bo się nie oglądałem. Potem przegonił mnie na technicznym zjeździe, ale nie na długo, bo znów był podjazd. Na podjazdach miałem wyraźną przewagę i to mnie cieszyło bardzo mocno. Chociaż z drugiej strony pomyślałem "to już po rywalizacji?". Teraz celem było, żeby Sebastian nie dogonił ;-) Ale tak naprawdę chciałem dać z siebie wszystko, a tętno ładnie trzymało cały wyścig powyżej 180HR.

Pierwsze 30km to asfalty i szutry. Podjazdy bardzo szybko robiłem na ciężkich przełożeniach rodem z szoszona, a po płaskim i lekko pod górkę jechałem z watahą w peletonie. Ale tam pozycji nadrobiłem, hoho! Ludzie próbowali się podpinać pod ten peleton, ale tempo było mocne na tyle, że nie dawali rady. Na szczęście byłem w nim od początku. Więc na początku myślałem, że trasa bardziej prosta niż dwa lata wcześniej, a wtedy też było przyjemnie.

Potem nadszedł czas na część trudną, o której nie miałem pojęcia, że się pojawiła w planach organizatora. Najpierw podjazd po kamolach, kocie łby na drodze to przy tym niemiecki asfalt. Szarpało, wyrywało z rytmu, plecy bolały, skurcze mięśni pojawiły się i od tego momentu było coraz gorzej. Przestałem wyprzedzać i traciłem pozycje. Skończyła się szarpanina z kamolami, to potem jeszcze gorszy zjazd. Ślizgało na błocie, korzeniach i kamole nie znikały. A ręce bolały coraz bardziej od trzymania kierownicy i hamulców. Warunki na trasie nie chciały się poprawić do końca, a ja wciąż liczyłem na choćby kilka metrów równej nawierzchni. Złość wzbierała, bo bezradny na zaistniałe okoliczności. I tak kolejne kilometry leciały w niemiłym otoczeniu. Potem zjazdy gorsze od najgorszych podjazdów, błotem po twarzy i do oka, a co, niech piecze. Ręce to już bolały okropnie, nawet krzyczałem momentami, żeby kiery nie puścić, bo facjatą bym w błoto poleciał, a skurcze na nogach nie przechodziły. A moja trauma dopiero nabierała rozmachu. Organizator postanowił dać trasę, która nie jest całkiem do przejechania. Potem jeszcze 3 odcinki podprowadzania, całkiem długie. Nie ma bata, żeby ktokolwiek to podjechał, widziałem jak gość z GIGA też prowadził, a ja z kostką po remoncie. Przeskakiwała mi w bucie, bolało i kuśtykałem z rowerem na plecach pod górę. Przyjechałem na rower, a miałem biegi przełajowe z balastem. Tam też pozycji poleciało z 20, bo ja kulawy na piechotę :-/ Prawie pod samą metę była techniczna, błotna rzeźnia rowerowa. A miało być tak pięknie...

I wydawałoby się, że plan zrealizowany. Marcina objechałem, szkoda, że tylko na 2 minuty, ale dzięki temu jeszcze porywalizujemy w Świeradowie :-) Tak, tak, nie dam Ci tego zwycięstwa ;-) Sebastian mnie nie doszedł, w sumie jak czekałem na niego na mecie, to myślałem sobie, że coś się musiało stać. Wróciła trauma, kiedy Mateusz połamał się na trasie, kiedy czekałem na niego na mecie, a zamiast doczekania się otrzymałem telefon od Grabka, że Mateusz się rozbił. To myślę, że skoro Sebek ma lepszą formę, to musiał się rozwalić, że go jeszcze nie ma, a okazało się, że techniczne odcinki go mocno spowolniły. Odnośnie Bartka to nawet nie miałem siły marzyć, że go dogonię, a też nie miałem daleko, chociaż Bartek miał kilka akcji na trasie, wszystko pewnie napisze w swojej relacji. Adam mnie łyknął dziś na trasie, taka miła niespodzianka gratis :-) Gratuluję wzrostu formy!


Ja, Marcin i Gieniek na mecie. Zdziwiłem się mocno, że Marcin wjechał zaraz za mną na metę. Gdzie on to nadrobił?


A miało być sucho, pięknie i cudownie. Dodałbym więcej zdjęć, ale właśnie przekroczyłem limit przesłania ich w miesiącu i nie mogę dodać więcej :-/

Wyniki interesujących mnie osób dla dystansu 49km:
Miejsce OPEN Imię Miejsce w kategorii Czas Średnia [km/h] Punkty Sektor
1/438 (100%) Patryk 1/80 (100%) M2 2:01:37 24.17 500 1.00 (1)
3/438 (100%) Darek 1/170 (100%) M3 2:02:17 24.04 500 0.99 (1)
56/438 (87%) Kamil 20/80 (76%) M2 2:23:43 20.46 423 0.85 (2)
150/438 (66%) Bartek 39/80 (52%) M2 2:46:06 17.70 366 0.73 (3)
157/438 (64%) Adam 41/80 (49%) M2 2:47:24 17.56 363 0.73 (3)
176/438 (60%) Ariel 46/80 (43%) M2 2:50:13 17.27 357 0.71 (3)
197/438 (55%) Marcin 86/170 (50%) M3 2:52:49 17.01 354 0.70 (4)
207/438 (53%) Sebastian 52/80 (35%) M2 2:55:14 16.78 347 0.69 (4)
Co mnie zmartwiło, że start w Świeradowie Sebastian będzie miał z 4 sektora, a mieliśmy się ścigać ze wspólnego startu. Przynajmniej tak wyliczył mój algorytm generowania tej tabelki, który napisałem sobie w PHP.

Waga po maratonie i kilku posiłkach: 70.6kg.


Kategorie Maratony MTB

Bike Maraton 2014 Wałbrzych

Ariel Bogdziewicz, sobota 00:00, 24 maj 2014 | odsłony 503 | komentarze 12

  • Aktywność Rower
  • Dystans 54.16km
  • Czas 03:21:30
  • Vavg 16.12km/h
  • Vmax 57.35km/h
  • Pod górę 1508m
  • Kalorie 2979kcal
  • Temperaturaavg 18.8C
  • HRavg 184 (87%)
  • HRmax 212 (100%)
  • Sprzęt Scott Speedster 20 (Szosowy)
  • Uczestnicy bs:birdas, bs:barblasz, bs:adhed

Pierwszy górski maraton z prawdziwego zdarzenia. 54km po ostrych górach w błocie przy 1500m przewyższeń. Więc było mnóstwo obaw przed startem.

Start punktualnie o 11:00, więc organizator się poprawił. Pożegnałem się z Marcinem i wystartowałem z 2 sektora prawie spod taśmy. Bartek za to wystartował z samego końca 2 sektora, ale dość szybko mnie doszedł i poszedł hen daleko. Dziś nie postępowałem wg swoich zwyczajów, bowiem rano zjadłem duże śniadanie, a przed startem dwa żele energetyczne. Do tego łyknąłem coś na skurcze. Normalnie na czczo jeżdżę, ale podejrzewam, że Zdzieszowice poszły źle, bo nie zjadłem. Doszła do tego alergia i energii nie było. Dziś błąd został naprawiony. Energii starczyło na cały maraton, a do najłatwiejszych nie należał. Wadą tego rozwiązania jest to, że początek mam słaby, bo z "pełnym" żołądkiem ciężko mi się jedzie.

Początek trasy były niezłe korki i cała masa błota. Dlatego wystartowałem z drugiego sektora, ponieważ prawdopodobnie trasa mniej się blokowała niż wśród uczestników z dalszych sektorów. Marcin miał rację, że opony mam do kitu. Ślizgałem się okropnie i byłem od początku wciąż wyprzedzany. Na podjazdach tylko nadrabiałem. Nie podjechałem tego pierwszego stromego podjazdu 24% głównie przez błoto, ale inni też prowadzili. Tak samo nie zjechałem tego stromego zjazdu -25% co był gdzieś w środku trasy, bo to była błotna zjeżdżalnia. Potem strzał przez kilka głębokich i długich kałuż. Rower w nich tonął do butów. Błota nawłaziło i przerzutki już nie działały. Co zmieniałem biegi to łańcuch się zakleszczał i traciłem przez to czas, nerwy i siły. Więc do połowy wyścigu, około 30km, byłem wyprzedzany notorycznie przez innych uczestników poza podjazdami.

Sytuacja się zmieniła po 30km, gdzie już nikt mi nie uciekał, a ja dalej nadrabiałem na podjazdach. Blokowałem amortyzator, przerzutka cięższa niż Ci co jadą obok i do przodu. Energii starczyło, ponieważ pilnowałem zażywania żelów, magnezu oraz na każdym bufecie naczerpałem pełny bidon napoju izotonicznego. Wypiłem 3 litry, zjadłem 3 żele oraz jedną fiolkę magnezu. A tym bliżej mety, rower coraz gorzej pracował. Nawet na jednym z podjazdów już się całkiem łańcuch zaklinował, więc musiałem zejść z roweru i go odkleszczyć. W tym momencie wróciła trauma ze Zdzieszowic, bo wyobraziłem sobie jak Marcin nadjeżdża bez żadnych awarii, a ja umorusany w błocie stałem i szarpałem się z łańcuchem. Ale za to dałem radę podjechać taki ostry podjazd 19% na takiej dziwnej łące tuż przed końcem. W sumie nachylenie na zjazdach i podjazdach często oscylowało koło 15-20%. Pierwsze skurcze złapały mnie dopiero na 5km przed końcem, ale rozjeździłem je zanim dojechałem do mety. Końcówka trasy była poprowadzona przez łąkę, na której kiedyś jechałem szkolne zawody w ogólniaku. Wpadłem tam w niezły poślizg. Rower zarzuciło z 4 razy zanim udało się utrzymać równowagę. Potem meta i żona Marcina krzyczy do mnie, że wygrała pizzę. Przy mecie czekałem trochę na Marcina, ale go nie było, a mi zimno się zrobiło, więc poszedłem do auta.

Podsumowując to była istna mordęga. I nie chodzi o brak formy, bo czuję, że dziś noga podawała. Ale z rytmu mnie wybijało błoto i nierówności nawierzchni, do tego stopnia, że wciąż jechałem wściekły. Ale potem otrzymałem sms, że byłem wstępnie 115 OPEN i od razu poczułem, że wynik dobry.

Jak już się przebrałem poszedłem coś zjeść i wtedy dopiero nadjechał Marcin. To było ponad pół godziny po mnie. Nie widziałem go jeszcze w tak kiepskim stanie. Ledwo się kupy trzymał. Brzuch go bolał mocno przez jakieś problemy trawienne z dnia poprzedniego. Szkoda, że nie złapał rytmu jak w Zdzieszowicach, ale co maraton to inna historia.


Profil robi wrażenie. Obsmarujcie go w wyobraźni błotem i poczujcie grozę. Pamiętam też z trasy, że zjeżdżaliśmy spory kawał strumieniem. To był trudny technicznie kawałek. Wpadłem też w takie błoto, że rower został, a ja poleciałem. Na niektórych podjazdach koło kręciło się dwa razy szybciej niż jechałem, bo się ślizgało. W innych miejscach tak zasysało, że ciężko je było odkleić od podłoża. Więc generalnie jestem bardzo zadowolony, że w takich warunkach zachowałem siły do samego końca.

Wyniki interesujących mnie osób dla dystansu 54km:
Miejsce OPEN Imię Miejsce w kategorii Czas Średnia [km/h] Punkty Sektor
1/447 (100%) Rafał 1/92 (100%) M2 2:26:02 22.19 500 1.00 (1)
4/447 (99%) Mariusz 1/173 (100%) M3 2:30:20 21.55 500 0.97 (1)
82/447 (82%) Bartek 26/92 (73%) M2 3:12:40 16.82 379 0.76 (3)
117/447 (74%) Ariel 34/92 (64%) M2 3:24:13 15.87 358 0.71 (3)
247/447 (45%) Marcin 107/173 (38%) M3 4:00:59 13.44 312 0.61 (5)
Widać, że formę od Bartka mam wiecznie o około 1km/h wolniejszą. Niby niewiele, nie?

Międzyczasy:
1:50:44 / 133 OPEN
2:20:25 / 127 OPEN
META / 117 OPEN
Czyli siły rozłożyłem bardzo dobrze. I bardzo dobrze, że tym razem nie ścigałem Bartka. Chociaż bałem się, że Marcin mnie lada moment dojdzie. Nie spodziewałem się, że dzisiejszy dzień tak dla niego się skończy. Z brakiem zdrowia nie ma żartów.


Dzięki Marcin za przesłanie tego zdjęcia. Żona Marcina robiła zdjęcia i też się załapałem :-)


Rower po maratonie. Nie robi wrażenia specjalnie brudnego, ale trzeba było być na trasie, żeby to poczuć.


Ale to już oddaje powagę sprawy. Napęd pod koniec już prawie nie chciał działać. Normalnie nie kupuje zdjęć z maratonów, ale z tego kupię i niedługo tu opublikuję.

Kategorie Maratony MTB

1 2 3