Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Prędkość, adrenalina i wytrzymałość!

Strona użytkownika ariel

Tatry 2015


Trekking
57 mi
Dystans
21962 ft
Pod górę
23:59:16
Czas
25:00 /mi
Prędkość średnia
6
Liczba aktywności
17 mi
Najdłuższa aktywność
5420 ft
Największa wspinaczka
6:33:21
Najdłuższa aktywność
23:04 /mi
Najszybsza aktywność
9 mi
Na aktywność
3661 ft
Na aktywność
3:59:53
Na aktywność
4:18 /mi
Prędkość maksymalna
  • Aktywność Trekking
  • Dystans 9.38mi
  • Czas 03:44:25
  • Vavg 23:57/mi
  • Vmax 7:53/mi
  • Pod górę 2351ft
  • Kalorie 1303kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

Ostatni dzień mieliśmy już dowolny. Padło na Dolinę Pięciu Stawów. Zeszliśmy do Zakopanego, a stamtąd busem dojechaliśmy do drogi prowadzącej na Morskie Oko. My jednak skręciliśmy do lasu w stronę Doliny Pięciu Stawów, gdzie było o wiele mniej ludzi. Celem było schronisko, obiad i powrót. Na początku trasy brało nas na wygłupy, nie powiem szczególnie kogo brało :-)


Generalnie było mglisto. Nie mieliśmy pojęcia co kryje się za mgłą, aż ujrzeliśmy to co widać na zdjęciu. Przez grzbiet tych gór prowadzi najtrudniejszy szlak w Polsce, Orla Perć.


Pierwszy staw znajduje się tuż koło schroniska. Na zdjęciu widać tylko jakąś szopę.


Schronisko Górskie w Dolinie Pięciu Stawów jest najwyżej położonym schroniskiem w Polsce. Mają bardzo dobre jedzenie, jest tam bardzo przytulnie. Mają mój atest :-)


Najmniejszy ze stawów jest jak kałuża. Powrót na busa bez emocji.

Następnego dnia mieliśmy busem wracać do Wrocławia. Przyszło nam stać w korkach w Krakowie, przez autobus, który zawalił wszystkie 4 pasy w poprzek drogi, i w Katowicach przez remonty. Z 6h podróży zrobiło się ponad 10h i ledwo zdążyliśmy na ostatni pociąg do Jeleniej Góry. Ze względu na opóźnienia kierowca nigdzie nie zrobił nawet 10 minut przerwy na jakiejś stacji. Toaleta wylewała się już po brzegi. Głodni byliśmy i z wielką radością opuściłem ten autobus.

Odnośnie samej wyprawy i Tatr to nie mogę doczekać się kolejnej takiej wyprawy, nawet gdyby znów miały to być Tatry. Mamy do zaliczenia jeszcze Starobociański Wierch, Ornak, Kasprowy Wierch, a może nawet w odważniejszym gronie można udać się na Orlą Perć lub Rysy. Jest też organizowany co roku super maraton przez Tatry, który idzie dokładnie szlakami, którymi podróżowaliśmy. Tylko ta kostka. Zimą można tu jeszcze śmiało przyjechać, żeby pochodzić po niższych partiach gór. A tak to można na przyszły rok nastawiać się na Alpy, Dolomity, Pireneje lub Norwegię. Piesze wędrówki wpisuję na stałe do mojego repertuaru dyscyplin sportowych obok roweru i biegania, oczywiście zachowując priorytety ;-)


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015

  • Aktywność Trekking
  • Dystans 8.82mi
  • Czas 03:53:35
  • Vavg 26:31/mi
  • Vmax 7:14/mi
  • Pod górę 4332ft
  • Kalorie 1229kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

Następny nocleg w Hotelu Kalatówki, czyli tam gdzie pierwszej nocy spaliśmy. Zapowiadał się deszcz i było duszno. W takich warunkach powinno unikać się gór, ale zapowiadali, że dopiero od 14:00 pogoda miała się popsuć. To by zakończyło okres ładnej pogody, z której cieszyliśmy się do tej pory. Michał zdecydowanie stwierdził, że nie ma się czego bać. Poszliśmy przez Czerwone Wierchy, tylko teraz w drugą stronę.


Początek to ponad 2h ładnego szlaku ze schroniska na Ciemniak.


Generalnie trasy w Tatrach nie należą do najłatwiejszych.


Nadzieja na ładne widoki prysła. Wejście na Ciemniak zrobiło się mgliste. Szliśmy kroczek po kroczku w górę, a było dość stromo. W piątym dniu grupa już miała wyrobione tempo, nie za wolne, nie za szybkie. I tak szliśmy i szliśmy.


Żeby w końcu zobaczyć morze chmur.


Polska strona była zadymiona, a Słowacka przejrzysta. Tym grzbietem szliśmy w stronę Przełęczy Kondrackiej pod Giewontem, którego tym razem chcieliśmy zaliczyć. Pod Giewontem dowiedzieliśmy się, że trasa nie jest łatwa, bo są nawet łańcuchy. Mi się kojarzą z Orlą Percią i śmiercią. Ale skoro Michał przeszedł Orlą Perć, to tutaj poprowadzi.


Trasa nie była taka trudna jak myślałem, jednak było gdzie zginąć. Po zejściu z Giewontu ludzie na trasie mówili, że mocno walnęło koło nich piorunem i Giewont odpuścili. My nic nie słyszeliśmy na szczycie. Przy zejściu rozpadało się mocno, pioruny strzelały coraz głośniej. Byliśmy już dość nisko, więc komórki nie gasiłem. Nagranie trasy na Stravie ważniejsze ;-)


Fajnie było zdobyć Giewont zaraz przed burzą, żeby potem przeczytać coś takiego.


Zlało nas mocno. Ale po jakimś czasie mogliśmy już zdjąć z siebie płaszcze przeciwdeszczowe, które też koniecznie trzeba mieć ze sobą w górach.


Na koniec trasy zachwycaliśmy się stadem owiec. Koniec dnia standardowy, czyli prysznic, jedzenie, pranie, ładowanie komórek i innego sprzętu, spanie.


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015

  • Aktywność Trekking
  • Dystans 3.85mi
  • Czas 01:39:56
  • Vavg 25:57/mi
  • Vmax 8:56/mi
  • Pod górę 1326ft
  • Kalorie 537kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

Dzień czwarty to zgon. Starobociański Wierch odpadł w przedbiegach. Jedyne co musieliśmy zrobić to przejść z Doliny Chochołowskiej do Schroniska na Hali Ornak. Trasa koło 3h wg estymat turystycznych. Ogólnie nastroje słabe ze względu na przemęczenie. Obiecałem, że od dzisiaj nie będę już nikogo poganiał.


Na Iwaniackiej Przełęczy (1459m) strzeliliśmy prawie godzinną drzemkę. Ludzie tam rozkładali się i odpoczywali przed atakiem na Ornak (1854m). Ale my nie byliśmy nawet ciekawi jak ten szczyt wygląda.


Po zejściu z przełęczy doszliśmy do naszego ulubionego Schroniska na Hali Ornak. Autentycznie najlepsza miejscówa w Tatrach mimo wszystkich wad, czyli braku gniazdek w pokojach i tego, że gaszą większość świateł po 22:00. Najedliśmy się do syta i poszliśmy spać. Cały dzień przespałem, a potem w nocy też spałem jak zabity. Oktawia gdzieś się zgubiła wieczorem i nie mogliśmy jej znaleźć, ale siedziała sobie nad strumieniem i czytała "80 dni dookoła świata" z tamtejszej biblioteczki. Odpoczynek w tym dniu dodał nam skrzydeł na kolejne dwa dni.


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015

Tatry, dzień 3: Grześ, Rakoń, Wołowiec

Ariel Bogdziewicz, poniedziałek 10:42, 31 sierpień 2015 | odsłony 57 | komentarze 0

  • Aktywność Trekking
  • Dystans 9.82mi
  • Czas 04:24:41
  • Vavg 26:58/mi
  • Vmax 5:57/mi
  • Pod górę 4735ft
  • Kalorie 1361kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

Dzień trzeci to przejście ze Schroniska Na Hali Ornak do Doliny Chochołowskiej. Już ten pierwszy odcinek dał nam w kość. To były 3h drogi przez Iwaniacką Przełęcz (1459m). W schronisku zostawiliśmy ciężki sprzęt i ruszyliśmy na Grzesia (1653m), Rakoń (1876m) i Wołowiec (2064m). Ten ostatni to był punkt obowiązkowy trasy. Kilka lat wcześniej widziałem ten szczyt z Grzesia, ale ze względu na zimowe warunki nie odważyłem się na jego zdobycie. Nie miałem sprzętu, ani doświadczenia na chodzenie po górach w takich warunkach. W lecie jest o wiele łatwiej. Niestety ekipa zaczęła mi słabnąć już przy podejściu na Grzesia i trochę się denerwowałem, że nie zdążymy na Wołowiec. Jak zwykle czas wędrówki ograniczony zmrokiem i terminem zamknięcia stołówki w schronisku. Częste odpoczynki pozbawiały mnie nadziei, że dojdziemy na Wołowiec. Jednak były konieczne, bo od trzech dni byliśmy po około osiem godzin w trasie każdego dnia.


Po zdobyciu Grzesia ukazał nam się widok na dalszą część trasy. Przyjemnym grzbietem trasa wiodła na Rakoń, a potem na Wołowiec. Była jednak godzina 17:00. Estymowany czas dojścia na Rakoń to 1h10 i z Rakonia na Wołowiec 0h35. Dałoby to godzinę 18:35 na Wołowcu, a jeszcze trzeba wrócić ponad 2h do Schroniska. Podobno z przełęczy pomiędzy Rakoniem i Wołowcem jest zejście prosto do doliny ze schroniskiem. Albo rezygnacja z trasy, albo powrót w ciemnościach.


Ciekawe jest, że zimą szlak wygląda całkiem inaczej. Prawie nie było widać kosodrzewiny, której obecność zaskoczyła mnie w tym miejscu. Zdjęcie pochodzi z 10 marca 2012 roku. W tamtym dniu z Tomkiem wbiegliśmy na Grzesia. Dziewczyny czekały na nas w Schronisku na Polanie Chochołowskiej.


A tym razem w letnich warunkach Rakoń zdobyty po spodziewanym czasie. W tle widać Wołowiec. Szczerze mówiąc od samego patrzenia pojawiał się dyskomfort. Po serii zdjęć przy zachodzącym już Słońcu ruszyliśmy na Wołowiec. Jednak godzina była już późna, a Oktawia miała problemy z chodzeniem po stromych odcinkach.


Na przełęczy pod Wołowcem zapadła decyzja. Wbiegamy z Michałem na Wołowiec bez plecaków, natomiast Oktawia zostaje na przełęczy.


Warto było zaryzykować obsuwą czasową. Wrażenia na szczycie bezcenne. Chociaż miałem trochę lęków z tym związanych. Za mną było widać Starobociański Wierch, który mieliśmy zdobyć dnia następnego, ale już pesymistycznie do tego podchodziliśmy. Radość jednak wielka ze zdobycia Wołowca.


Gdzieś na dole czekała na nas Oktawia. Michał wyraźnie zakreśla swoje kontury na tle zachodzącego Słońca :-) Przepłaciliśmy jednak za wszystko powrotem w ciemnościach. Szliśmy ponad 2h przez ciemny las w obawie, że spotkamy niedźwiedzia. Śpiewaliśmy trochę, bo podobno to odstrasza zwierzynę różnej maści, zwłaszcza przy takich zdolnościach wokalnych. Potem bateria mi padła w telefonie i trasa nie nagrała się do końca. Tu drugi raz przydały się lampy. Nie radzę nikomu w góry wyruszać bez oświetlenia. Nawet na naszą Śnieżkę, zwłaszcza jak wychodzi się w góry o takich godzinach jak my.

Doszliśmy do schroniska jeszcze przed 21:00. Zdążyliśmy nawet odebrać pościel, która jest wydawana od 21:30 do 21:45. Zjedliśmy posiłek, który czekał na nas zimny w pokoju od południa, bowiem po 20 stołówka zamknięta. Piwko na ruszt i zgon totalny. Nawet olaliśmy fakt, że ktoś nam się wbił do pokoju koło 3 w nocy przez pomyłkę.


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015

Tatry, dzień 2: Czerwone Wierchy

Ariel Bogdziewicz, niedziela 10:24, 30 sierpień 2015 | odsłony 87 | komentarze 0

  • Aktywność Trekking
  • Dystans 8.14mi
  • Czas 03:43:18
  • Vavg 27:30/mi
  • Vmax 4:19/mi
  • Pod górę 3765ft
  • Kalorie 1131kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

Dzień drugi mieliśmy dokładnie zaplanowany. Musieliśmy przejść przez kilka szczytów Czerwonych Wierchów, żeby dotrzeć do naszego kolejnego noclegu. Celem było Schronisko Na Hali Ornak. Początek to prosty szlak na Giewont. Po drodze przerwa w Schronisku Na Hali Kondratowej. Na ruszt poszedł piernik i cola. Tak, cały urlop wszelkie diety poszły w zapomnienie. Nie służyło to najlepiej, ale nie było innego wyjścia. Było bardzo smacznie.


Tam zobaczyliśmy pierwsze ostrzeżenie przed niedźwiedziami.


Ze względu na czas Giewont ominęliśmy, wzgardziliśmy nim, bo myśleliśmy że nic ciekawego tam nie ma zwłaszcza, że tyle ludzi tam garnęło. Ja tam wolę iść w stronę gdzie jest ich mniej. Chociaż w Tatrach ludzie byli statystycznie bardzo mili, dużo ponad przeciętną krajową. Michał nawet żartował, że na Giewont w szpilkach można wejść nawiązując do jakiegoś programu z telewizji.


Na zdjęciu widać linię Czerwonych Wierchów ciągnących się aż do Świnicy. Z Kondrackiej Przełęczy (1725m n.p.m.) rozpoczęliśmy wspinaczkę na Kondracką Kopę (2005m n.p.m.), a potem kolejno przez Małołączniak (2096m n.p.m.), Krzesanicę (2122m n.p.m) i Ciemniak (2096m n.p.m.). Krzesanica była najwyższym szczytem zdobytym w czasie wyprawy.


Było kilka momentów bliskości do przepaści, ale ogólnie łatwy, kondycyjny szlak. Po zejściu z Ciemniaka zrobiliśmy dłuższą przerwę na drzemkę. Zjedliśmy też zapas bigosu. Końcówka to zielony szlak z Ciemniaka do schroniska.  Malownicza ścieżka schodziła zboczem góry coraz niżej. Bardzo nieregularne podłoże wyłożone dużymi kamieniami. Ze względu na ciężkie plecaki trasę pokonywaliśmy koło osiem godzin z czego połowa to odpoczynki. Schronisko na Hali Ornak wypadło w naszej ocenie najlepiej ze wszystkich. Najlepsze jedzenie i miła obsługa. Nawet nie przeszkadzał nam fakt, że światło gaszą o 22:00, a potem przechodzą w tryb awaryjny. W pokojach świecą żarówki, ale takie ciemniejsze. A w natryskach od 22:00 jest zupełnie ciemno. Nie wiedziałem o tym, ale zdążyłem umyć się wcześniej. Inni też nie wiedzieli i pod prysznicem gasło światło. W pełnej ciemności musieli się wytrzeć i znaleźć wyjście z łazienki :-) To było też jedyne schronisko, gdzie nigdzie nie było kontaktów. Telefony ładowaliśmy od 8:00 w recepcji. To było duże utrudnienie, bo nie mogliśmy przez to wcześnie ruszyć na kolejny odcinek. Ale czas płynął tam najmilej. Może dlatego, że nie było zasięgu żadnego, a wifi dawało ledwo radę nawet przy Operze Mini. Synchronizacja Stravy odpada.


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015

  • Aktywność Trekking
  • Dystans 16.84mi
  • Czas 06:33:21
  • Vavg 23:22/mi
  • Vmax 7:53/mi
  • Pod górę 5409ft
  • Kalorie 2333kcal
  • Sprzęt Scarpa Mojito
  • Strava Link, Pokaż mapę

W piątek po 23:30 wyjechaliśmy Polskim Busem z Wrocławia do Zakopanego. Od 6 rano byliśmy na nogach przeszło 14 godzin po nieprzespanej nocy. Najpierw trochę po Krupówkach, ale zdecydowaliśmy, że szkoda czasu na Zakopane i poszliśmy w góry gdy tylko udało się znaleźć coś do jedzenia. W budzie TPN (Tatrzański Park Narodowy) kupiliśmy siedmiodniowe bilety. W Hotelu Kalatówki odciążyliśmy plecaki wypchane po brzegi i z lekkim ekwipunkiem wyruszyliśmy na Kościelec. Trasa dość ambitna, ponieważ czas przejścia tego szlaku szacował, że wrócimy koło 22:00.


Najpierw żółtym szlakiem (Siodłowa Perć) w stronę Schroniska Murowaniec, gdzie pierwszy raz ujrzeliśmy panoramę Tatr w pełnej okazałości. Niestety samo schronisko jest przetłoczone i w związku z tym obsługa źle wywiązywała się ze swoich zadań. Zapominali o wydawaniu niektórych posiłków albo sprzedawali dania, których już nie było. Odradzam rezerwowania noclegów w tym miejscu ze względu na ilość ludzi.


Po piwie ruszyliśmy niebieskim szlakiem na Czarny Staw Gąsienicowy, z którego robiliśmy wejście na Karb (1853m n.p.m.), a potem mieliśmy wejść na Kościelec (2155m n.p.m.).


Pomijając fakt, że widoki były przepiękne, wejście na Karb od strony stawu jest dość strome. Nie wszyscy odczuwali komfort ze względu na lęk wysokości lub przestrzeni.


To spowodowało, że Kościelec odpuściliśmy (widoczny na zdjęciu), zwłaszcza, że z Karbu na Kościelec szlak jest oznaczony jako wyjątkowo trudny.


Zeszliśmy z Karbu drugą stroną do Zielonej Doliny Gąsienicowej i wróciliśmy do Murowańca na kolejny posiłek pozostawiając za sobą piękny widok na Kościelec i Świnicę. Kolejny odcinek cały czas w dół. Kolana bolały. Powrót przez Kuźnice, skąd trzeba było jeszcze po ciemku wejść 35 minut w stronę Kalatówki. Latarka i czołówka przydały się już w pierwszy dzień. Niestety w schroniskach i górskich hotelach problem jest taki, że żywność wydają maksymalnie do 21, czasami do 22. Przy dłuższych wyprawach ciężko było zdążyć na czas. Musieliśmy zaopatrzyć się w żywność na wieczór w Kuźnicach. Jak dobrze było potem się położyć do łóżka i wypić piwko. Odnośnie Hotelu Górskiego na Kalatówkach to obiekt godny polecenia. Był najdroższy ze wszystkich trzech, które mamy zarezerwowane, ale tylko tutaj śniadanie mieliśmy w cenie noclegu. Od pierwszego dnia toczyłem walki z Wi-Fi, żeby chociaż ślad GPS wysłać w aplikacji Strava. O zasięgu 3G lub LTE mogłem tylko marzyć.


Kategorie Piesze wyprawy, Tatry 2015

1